Wspaniały początek wiosennych rozgrywek w wykonaniu Zagłębia! Po raz pierwszy od maja 1997 roku i czwarty raz w historii nasz zespół pokonał Lecha Poznań na jego własnym terenie. Podopieczni Franciszka Smudy obiecywali, że pojadą do Wielkopolski po zwycięstwo i słowa dotrzymali wygrywając dzisiaj 1:0 z bezpośrednim rywalem w ligowej tabeli.
Początek spotkania nie należał do najciekawszych. Oba zespoły na wzajem badały swoje możliwości, od czasu do czasu nieporadnie atakując. Najpierw w 8 minucie przed szansą na prowadzenie byli gospodarze - w stronę bramki Mariusza Liberdy główkował Piotr Reiss, ale lubiński bramkarz okazał się szybszy i pewnie złapał piłkę. Parę chwil później to Zagłębie mogło cieszyć się z gola. Rzut wolny wykonywał Michał Stasiak, przymierzył i posłał futbolówkę w kierunku bramki. Tą trącić jeszcze zdołał Michał Chałbiński, ale broniący dziś w Lechu Krzysztof Kotorowski nie dał się zaskoczyć. 6 minut później okazję znowu mieli lubinianie. Tym razem strzelać próbował Maciej Iwański, ale podobnie jak wcześniej, dobrą interwencją popisał się poznański bramkarz. W 26 minucie spotkania, po dośrodkowaniu Michała Golińskiego z rzutu rożnego, Bartosz Bosacki usiłował trafić do lubińskiej bramki, ale jego strzał okazał się niecelny. Minutę później Piotr Reiss przewracając się w polu karnym Zagłębia próbował wymusić rzut karny, ale sędzia nie dał się zmylić. W 32 minucie meczu największy błąd Zagłębia - w zupełnie niegroźnej sytuacji podbramkowej Andrzej Szczypkowski interweniował ręką, usiłując w ten sposób wybić piłkę na rzut rożny. Arbiter odgwizdał rzut karny, który chwilę poźniej wykonywał Piotr Reiss. Na szczęście dla naszego zespołu uderzył w taki sposób, iż Mariusz Liberda odczytał jego intencje i pewnie złapał piłkę pędzącą w lewy róg bramki. Na 5 minut przed końcem pierwszej połowy Piotr Reiss raz jeszcze starał się pokonać lubińskiego bramkarza. I tym razem mu się nie udało - Liberda szybkim ruchem wypiąstkował zmierzającą w stronę bramki futbolówkę. Tym samym pierwsza połowa zakończyła się wynikiem remisowym 0:0.
Drugą odsłonę piłkarze znów rozpoczęli bardzo spokojnie. Przez jej pierwsze 10 minut piłka krążyła w środku pola, nie stwarzając zagrożenia dla żadnej z drużyn. Dopiero około 55 minuty w kierunku bramki Lecha bardzo niecelnie strzelał Łukasz Piszczek, a chwilę później z rzutu rożnego zaskoczyć Kotorowskiego nie dał rady Wojciech Łobodziński. Od tego momentu mecz nabrał tempa. W 60 minucie bardzo sprytnie akcję rozegrał Marcin Wachowicz. W jej wyniku drużyna Lecha uzyskała rzut wolny, który na bramkę po raz kolejny zamienić mógł Piotr Reiss. Tym razem chybił minimalnie - piłka przeleciała niedaleko od słupka. 3 minuty później przed szansą stanęli znowu Reiss i Wachowicz - bardzo ciekawa wymiana podań zakończyła się... nieudanym strzałem. Po kolejnych 5 minutach przepychanek w środku pola i nadeszła najważniejsza w tym meczu - 71 minuta. Wówczas to, po pięknej akcji, Wojciech Łobodziński z prawej strony wrzucił futbolówkę w pole karne. Ta trafia do niezawodnego Michała Chałbińskiego i za jego pośrednictwem pomknęła wprost do siatki. 1:0 dla Zagłębia na niecałe 20 minut przed końcem spotkania! Prowadzenie sprawiło, iż Lubinianie cofnęli się nieco, przyjmując rywali dopiero na swojej połowie boiska. Przez kilkanaście minut niewiele ciekawego działo się na murawie. Trener Czesław Michniewicz dokonał ostatniej zmiany, wpuszczając do gry debiutującego w ekstraklasie Jakuba Wilka. Niewiele to jednak zmieniło w poczynaniach Lechitów. Dopiero w 85 minucie stanęli oni przed szansą na gole - tradycyjnie już zmarnował ją Piotr Reiss, trafiając w głowę debiutującego w Zagłębiu - Manuela Arboledy. Do końca spotkania nie wydarzyło się już nic ciekawego. Po dwóch minutach doliczonych do regulaminowego czasu gry lubinianie odnieśli swoje pierwsze ligowe zwycięstwo w 2006 roku, przesuwając się tym samym na czwartą lokatę w tabeli.
Pomeczowa konferencja prasowa:
Czesław Michniewicz: Gratuluję trenerowi Smudzie, bo Zagłębie wygrało zasłużenie. Może nie stworzyło zbyt wielu sytuacji, ale potrafiło tę jedną wykorzystać. Po straconej bramce zespól się zupełnie rozkleił, szkoda że stało się tak, a nie inaczej. Stworzyliśmy zbyt mało okazji, zbyt mało oddaliśmy strzałów, by myśleć o wygraniu tego spotkania.
Franciszek Smuda: Pierwsze mecze są zwykle wielką niewiadomą. Sparingi to nie to samo co liga. Zaskoczony byłem decyzją o podyktowaniu rzutu karnego przeciwko nam. Myślę, że gdyby Lech go wykorzystał, to być może gralibyśmy nawet lepiej. W sumie była to równorzędna walka przez 90 minut.